wtorek, 22 października 2013

Pojawiliśmy się my

Po spotkaniu w pubie zaproponował, że odprowadzi mnie do domu. Propozycja ta wypłynęła tuż po wyjściu na ulicę. Spędziliśmy na gadaniu dobre trzy godziny, więc zdążyło się ściemnić. Co dziwne wtedy mi się wydawało to, to, że świetnie rozmawiało mi się z Piotrem. Pamiętam jak przyglądałam mu się przez długą chwilę po tym jak zapytał czy może mnie odprowadzić. W mojej głowie rodziły się chore myśli, typu: "Uciekaj. Fajnie się gadało, ale i tak zaciągnie Cię do lasu i zabije. Przecież doskonale wiesz, że czarujący mężczyźni zazwyczaj okazują się psychopatami". Przysłuchiwałam się tym myślom, ale uśmiech, który uniósł kącik Jego ust, rozwiał wszelkie wątpliwości. Zdałam sobie sprawę, że KTOŚ zainteresował się mną; że KTOŚ zapytał o moje hobby; że KTOŚ zaprosił mnie na herbatę; że taki KTOŚ czyta książki jak ja. Serce mówiło: "daj, spróbować", a rozum: "najbliższy las jest w promieniu 2 kilometrów".
- Jeśli chcesz, możesz mnie odprowadzić. Tylko nie rób sobie nadziei. Pozwalam tylko ze względu na to, że jest już ciemno i trochę się boję. - powiedziałam coś w tym stylu, trafiając po raz kolejny w czuły punkt tego mężczyzny, dając mu do zrozumienia, że czuję się w jego towarzystwie bezpiecznie i bynajmniej nie mam czarnego pasa w kung-fu. Po raz kolejny, tego wieczoru, usłyszałam jego śmiech, po czym sięgnął do kieszeni płaszcza i wysypał na dłoń parę tik-taktów, następnie proponując mi. Podziękowałam i ruszyliśmy drogą na dół w ciszy, przyglądając się mijającym nas ludziom. Zauważyłam, że wiele z nich przygląda nam się z zaciętym zaciekawieniem, które jednak nie ukazywało fascynacji lecz pewnego rodzaju oburzenie.
- Dziwnie nam się przyglądają - mruknęłam i rzuciłam na niego okiem, zdając sobie sprawę, że przez całą drogę mi się przyglądał. Moją uwagę puścił mimo uszu i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, skręcił między zaparkowane samochody. Rozległ się brzęk kluczyków, po czym z uśmiechem, rzucił w moją stronę:
- Wsiadaj. Podrzucę Cię.
Wtedy po części pożałowałam, że nie posłuchałam rozumu. Do moich uszu dobiegł śmiech jakiejś dziewczyny, która po chwili minęła mnie z grupką swoich znajomych i obrzucili nas rozbawionym spojrzeniem. Oddalili się.
- Nie, dzięki. - Obróciłam się i poprawiwszy pasek od torby na ramieniu, ruszyłam chodnikiem w stronę deptaku. Zanim zrobiłam drugi krok, usłyszałam jego głos, a potem odgłos zbliżających się kroków. Przy szóstym kroku, ponownie towarzyszył mi w drodze, czego jednak nie chciałam. Przystanęłam.
- Idę już do domu, dziękuję za smaczną herbatę. - odparłam i ponownie ruszyłam przed siebie. Czułam jak wzdłuż mojego ciała przeszedł znajomy mi, sprzed paru godzin, dreszcz. Przed chwilą przestraszyłam się jego bezpośredności, a teraz oczekiwałam, że będzie za mną szedł dalej. Czasem sama siebie nie rozumiałam, więc, siłą rzeczy, wolałam nigdy nie dyskutować na temat kobiecej psychiki.
Co się stało, że jednak nie zrezygnował i nie wrócił do samochodu, by potem nim dostać się do domu, w którym zapomni o całej sytuacji i, co bardzo prawdopodobne, zaśnie u boku żony? Żony? Pamiętam tę myśl jak dzisiaj, która momentalnie wywołała u mnie neświadomą reakcję - przystanąwszy przy drzwiach wejściowych do mojej kamienicy, rzuciłam okiem na jego prawą rękę. Ani śladu po obrączce.
- Było mi dzisiaj bardzo miło. Jeśli kiedyś byś chciała jeszcze się spotkać...
Kolejne uczucie motyli w brzuchu i kolejna nieświadoma reakcja.
- 501 456 789 - wtrąciłam mu się w słowa i obróciłam się do drzwi. Zaczęłam szukać w torebce kluczy. Usłyszałam "co?", tyle że zwykłe "co?", zabrzmiało jak "c..co..oo?". Ale i tak najpiękniejsza była wyczuwalna nadzieja w tonie jego głosu. Znalazłszy klucze, obróciłam głowę ku niemu i powtórzyłam numer, po czym zobaczyłam po raz pierwszy w życiu jak mężczyzna, słysząc dziewięć cyferek, chwyta po telefon z piekielną desperacją, która ulotniła się dopiero w chwili, gdy przeczytał numer na głos, a ja potwierdziłam kiwnięciem głowy.
Jego głos usłyszałam już następnego dnia, a w następnych, za nic w świecie nie zamieniłabym tamtych chwil.

Pojawił się znikąd

W ciągu mojego życia miałam wiele wzlotów i upadków, które ze względu na mój charakter, bardzo bolały i wżerały  się w ściany mojego pałacu, zwanego pamięcią. Niszczyły podstawy tej fortyfikacji, jak podczas wojny, po której musiało wiele dni upłynąć, by zostały na nowo odbudowane. Moja psychika nie radziła sobie z wieloma przykrymi doświadczeniami, ponieważ mając wtedy 18 lat, nie wiedziałam jak sobie z nimi radzić, podczas gdy brakowało nawet matczynego pytania "Cześć, jak się czujesz?". Byłam zdana na siebie, z upadającą fortyfikacją mojego umysłu i czekającą na jakąkolwiek pomoc, która nie mogła przyjść, bo nigdy o nią głośno nie prosiłam.
Nie miałam nawet dobrych znajomych, jedynie kolegów i koleżanki z ławki, którzy poza szkołą nie mieli potrzeby spotykania sie ze mną. Byłam sama jak palec, na przystankach, czekając na autobus; w drodze do szkoły; w domu; wszędzie gdzie moja stopa stanęła, tam nikt zbytnio się mną nie interesował. Aż do pewnego dnia, gdy pojawił się On, dojrzały, po trzydziestce, posiadający kiedyś własną rockową kapelę, przystojny mężczyzna. Nie pamiętam nawet jak dokładnie to się stało, ale spotkaliśmy się przypadkiem w małej księgarni, ja i on z książką w ręku. Pamiętam jedynie tytuł powieści, którą trzymał - "Worek Kości" Stephena Kinga. Może to dlatego do dziś, jestem zagorzałą fanką tego autora? Sprawka sentymentów. Tak jak z dniami - czwartki i niedziele - one wciąż mają w sobie coś magicznego, pomimo, że już nigdy Go nie zobaczę. Chciałabym móc choć na chwilę, ale co to da? Dlatego wolę tu, wylać związane z nim pełne wiadro wspomnień, by pozbyć się w końcu myśli o kimś, kto jest mi z natury zakazany.
"Trafiła Ci się w ręce najlepsza trylogia wszechczasów" - poszperawszy głębiej w szafkach mieszących się w jednym z pomieszczeń w mojej pamięci, udało mi się przypomnieć, co wtedy powiedział, gdy pierwsze słowa wypłynęły z jego ust. Miał idealnie ogoloną brodę, co sprawiało, że wyglądał na młodszego niż na wiek, który miałam w swoim czasie poznać.
Trzymałam wtedy w ręce trylogię Tolkiena "Władcę Pierścieni". Trylogia składająca się z trzech części. Nasza przygoda rozłożona w ciągu trzech lat. Przypadek? Nie sądzę. Znaki są wszędzie, trzeba jedynie umieć je czytać.
Gdybym miała teraz sobie przypomnieć jaka była moja reakcja, pamiętam jedynie jak nogi zmiękły mi do konsystencji waty, a wnętrzności radośnie zlepiły się w uścisku. To zakłopotanie, które widoczne było na mojej twarzy w postaci istnie czerwonych rumieńców, zapoczątkowały naszą znajomość. Mężczyźni lubią niewinne kobiety.
Gdzie potem trafiliśmy? Do pubu, który wtedy mieścił się na Podgórnej w Poznaniu (dziś zamiast niego jest tam jeden z wielu klubów, które w nazwie mają egzotyczne, zabawne przedimki "shanti" czy coś w tym rodzaju). W każdym razie, nie pamiętam jak nazywał się ten pub. Usiedliśmy w ustronnym miejscu, zamawiając herbatę (później miałam się dowiedzieć, że On w ogóle nie pije alkoholu - dziwne?), ja waniliową z kostką cukru, a On jakąś innego rodzaju. Sofy wykonane z miękkiej skóry w kolorze jasnego beżu świetnie współgrały z podświetlonymi ścianami na jasny fiolet, a w tle leciał jazz. To miejsce, takie subtelne i pozornie eleganckie oraz Jego wytworny sposób bycia odmienił mnie na zawsze. Zbuntowana nastolatka wypuściła z siebie cały jad, by poznać świat od strony klasyki i prawdziwego piękna. Dlugo jednak minęło nim nie dostrzegłam, iż nosi maskę wykonaną z szytych na miarę zachowań.
c.d.n.