Nie miałam nawet dobrych znajomych, jedynie kolegów i koleżanki z ławki, którzy poza szkołą nie mieli potrzeby spotykania sie ze mną. Byłam sama jak palec, na przystankach, czekając na autobus; w drodze do szkoły; w domu; wszędzie gdzie moja stopa stanęła, tam nikt zbytnio się mną nie interesował. Aż do pewnego dnia, gdy pojawił się On, dojrzały, po trzydziestce, posiadający kiedyś własną rockową kapelę, przystojny mężczyzna. Nie pamiętam nawet jak dokładnie to się stało, ale spotkaliśmy się przypadkiem w małej księgarni, ja i on z książką w ręku. Pamiętam jedynie tytuł powieści, którą trzymał - "Worek Kości" Stephena Kinga. Może to dlatego do dziś, jestem zagorzałą fanką tego autora? Sprawka sentymentów. Tak jak z dniami - czwartki i niedziele - one wciąż mają w sobie coś magicznego, pomimo, że już nigdy Go nie zobaczę. Chciałabym móc choć na chwilę, ale co to da? Dlatego wolę tu, wylać związane z nim pełne wiadro wspomnień, by pozbyć się w końcu myśli o kimś, kto jest mi z natury zakazany.
"Trafiła Ci się w ręce najlepsza trylogia wszechczasów" - poszperawszy głębiej w szafkach mieszących się w jednym z pomieszczeń w mojej pamięci, udało mi się przypomnieć, co wtedy powiedział, gdy pierwsze słowa wypłynęły z jego ust. Miał idealnie ogoloną brodę, co sprawiało, że wyglądał na młodszego niż na wiek, który miałam w swoim czasie poznać.
Trzymałam wtedy w ręce trylogię Tolkiena "Władcę Pierścieni". Trylogia składająca się z trzech części. Nasza przygoda rozłożona w ciągu trzech lat. Przypadek? Nie sądzę. Znaki są wszędzie, trzeba jedynie umieć je czytać.Gdybym miała teraz sobie przypomnieć jaka była moja reakcja, pamiętam jedynie jak nogi zmiękły mi do konsystencji waty, a wnętrzności radośnie zlepiły się w uścisku. To zakłopotanie, które widoczne było na mojej twarzy w postaci istnie czerwonych rumieńców, zapoczątkowały naszą znajomość. Mężczyźni lubią niewinne kobiety.
Gdzie potem trafiliśmy? Do pubu, który wtedy mieścił się na Podgórnej w Poznaniu (dziś zamiast niego jest tam jeden z wielu klubów, które w nazwie mają egzotyczne, zabawne przedimki "shanti" czy coś w tym rodzaju). W każdym razie, nie pamiętam jak nazywał się ten pub. Usiedliśmy w ustronnym miejscu, zamawiając herbatę (później miałam się dowiedzieć, że On w ogóle nie pije alkoholu - dziwne?), ja waniliową z kostką cukru, a On jakąś innego rodzaju. Sofy wykonane z miękkiej skóry w kolorze jasnego beżu świetnie współgrały z podświetlonymi ścianami na jasny fiolet, a w tle leciał jazz. To miejsce, takie subtelne i pozornie eleganckie oraz Jego wytworny sposób bycia odmienił mnie na zawsze. Zbuntowana nastolatka wypuściła z siebie cały jad, by poznać świat od strony klasyki i prawdziwego piękna. Dlugo jednak minęło nim nie dostrzegłam, iż nosi maskę wykonaną z szytych na miarę zachowań.
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz